• @Marcin Bzylu

    Rafał Szumiec: Najlepszy start w życiu, ale z niedosytem

     

    Po pierwszych polskich wyścigach (Orlen Warsaw Marathon i Cracovia Marathon) wiedzieliśmy, że nasza forma poszła w górę a to, co pokazywały nasze mierniki mocy pozwalało z optymizmem czekać na walkę z resztą świata. Walkę o punkty w pucharze świata rozpoczęliśmy od czasówki we włoskim Maniago. Trasa raczej płaska i łatwa technicznie, choć padający deszcz ograniczył trochę widoczność i niektórzy zawodnicy mieli drobne wpadki na zakrętach.

    Największe emocje i nadzieję na wysokie miejsca wiązaliśmy z grupą H4, gdzie już od paru lat polscy  zawodnicy plasują się w ścisłej czołówce.  Rafał Wilk przyzwyczaił nas do tego, że z pucharu świata nie wraca bez medalu, jednak pierwszy start zakończył na 5 miejscu. Tuż przed  startem okazało się, że jego pomiar mocy nie działa. To oczywiście nie ma wpływu na formę zawodnika, ale brak tych danych utrudnia kontrolowanie wyścigu i rozplanowanie sił na dystansie czasówki. Z niecierpliwością  czekaliśmy również na start Krystiana Giery. W zeszłym sezonie kontuzja wyeliminowała go z igrzysk w Rio i wyścig  we Włoszech był pierwszą okazją od ponad roku, w którym  Krystian mógł sprawdzić, jak wygląda na tle światowej czołówki. 6 miejsce i niespełna 3 sekundy straty do Rafała Wilka należy przyjąć z zadowoleniem, tym bardziej, że do podium zabrakło zaledwie 6 sekund.  Arek Skrzypiński i Zbigniew Wandachowicz mieli drobne problemy ze sprzętem i rywalizację zakończyli na odległych pozycjach ( 20 i 26 miejsce).

    W grupie H3 mieliśmy dwóch „naszych” zawodników. Ja ( Rafał Szumiec ) i Mateusz Witkowski. Mi udało się  ukończyć wyścig na 8 miejscu. To mój najlepszy wynik w karierze, choć pozostał lekki niedosyt, bo gdyby nie błędy taktyczno techniczne to była szansa być oczko wyżej. Mateusz zajmuje 16 miejsce.

    Po pierwszym dniu wiedzieliśmy jedno. Nie tylko my jesteśmy silniejsi. Nasi rywale też nie odpoczywali i solidnie przygotowali się do sezonu. Poziom sportowy rośnie i wyrównuje się…

    Kolejny dzień to start wspólny. Na początek nasz start – gr. H3. Od startu mocne tempo. Po dwóch okrążeniach brakuje mi sił, by utrzymać się w czołówce i zostaję w drugiej, 7 osobowej  grupie, z którą dojeżdżam do finiszu i ostatecznie zajmuję 9 miejsce. Mateusz Witkowski dojeżdża w kolejnej grupie na 15 miejscu. Kolejny wyścig to gr. H1. Rafał Mikołajczyk, podobnie jak w czasówce, zajmuje 8 pozycję.

    Na koniec dnia Wyścig H4. Bardzo mocne tempo dzieli peleton na mniejsze grupy.  Po pierwszych kilometrach odjeżdża trójka zawodników, w której jedzie Rafał wilk. Kolejną grupę prowadzi Krystian Giera. Arek Skrzypiński  i  ZbyszekWandachowicz  zostają na dalszych pozycjach.

    Lekki podjazd na trasie pozwala Rafałowi Wilkowi zmęczyć rywali, co zwiększa jego szanse na finiszu. Ostatnie okrążenie, odcinek kostki brukowej, na którym sprzęt nie zawsze działa tak jak powinien. Rafałowi spada łańcuch. Rywale odjeżdżają i wydaje się, że mistrzowi olimpijskiemu pozostaje już  tylko obronić trzecią pozycje. Na finiszu niespodzianka bo do mety dojeżdża razem trzech zawodników, z których na 2 miejscu linię mety mija polski mistrz świata.

    I przenosimy się do Belgii ….

  • 121. Boston Marathon: rekordy i inspiracje

    Fot. Materiały prasowe Boston Marathon
    Fot. Materiały prasowe Boston Marathon

    Chociaż trasa maratonu w Bostonie nie spełnia warunków, by rekordy na niej uzyskane, zostały oficjalnie uznane, to sam bieg cieszy się ogromną popularnością i prestiżem. Jest chętnie wybierany przez osoby z niepełnosprawnością i to nie tylko z elity zawodników.

    Jako pierwsi do rywalizacji przystąpili maratończycy na wózkach. Marcel Hug- mistrz paraolimpijski z Rio i Ernst Van Dyk- 10-krotny zwycięzca Boston Marathon, przez cały królewski dystans walczyli o zwycięstwo, zmieniając się na pozycji lidera. Linię mety jako pierwszy przekroczył Marcel Hug. Szwajcar zrobił to z rezultatem  1:18:04, odnosząc swoje trzecie bostońskie zwycięstwo i poprawiając rekord trasy. Jednocześnie jego wynik, jest najlepszym na świecie.

    „ To niewiarygodne. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Na starcie nie miałem pojęcia, jak szybko pojadę. Jestem naprawdę szczęśliwy, że uzyskałem rekordowy czas na tej historycznej trasie”- mówił zwycięzca, którego do walki zagrzewał jego rywal.

    „ Znam tę trasę świetnie i wiem, jakie mamy międzyczasy. Powiedziałem do Marcela: „Spójrz, mamy około 1,5 minuty lepszy czas od obecnego rekordu. Jeśli sobie pomożemy i utrzymamy to tempo, może nam się udać”. Tak zrobiliśmy. Trzymaliśmy się planu, jednocześnie rywalizując ze sobą”-wyjaśnił Erst Van Dyk, który zajął drugie miejsce.

    Rekord trasy i także najlepszy wynik w maratonie na świecie padł również w rywalizacji pań, gdzie Szwajcarka Manuela Schar, jechała na pozycji liderki od startu do mety. Jej linię przekroczyła z rezultatem 1:28:17.

    Jednak 121. Boston Marathon stał się również areną innych wydarzeń, które zainspirowały kibiców sportowych na całym świecie, bez względu na wynik. W kategorii rowerów ręcznych z entuzjazmem został przyjęty start Marca Fucarile. Amerykanin brał udział w tym biegu w 2013r. Był jedną z osób, które zostały ranne w zamachu bombowym. Stracił  w tym wybuchu nogę. Na trasę maratonu wrócił po dwóch latach, tym razem jako kolarz ręczny.

    Świat obiegły również zdjęcia weteranów wojskowych, a szczególnie Earla Granville, który został ranny, służąc w Afganistanie. 42 kilometry przebiegł na protezie, niosąc flagę amerykańską, a nawet podnosząc towarzyszkę swojego biegu.

    Za kilka dni podobne emocje sportowe i nie tylko sportowe czekają na uczestników Orlen Warsaw Marathon. Na warszawską trasę wybiera się m.in. kadra polskich handbikerów

  • przybyszewwski

    Tomasz Przybyszewski: O sporcie pisze z pasji

    Tomasz Przybyszewski jest w środowisku osób z niepełnosprawnościami dobrze znany. Od lat pracuje w magazynie „Integracja”, a jego teksty można też przeczytać na portalu http://www.niepelnosprawni.pl. W pierwszej edycji konkursu dla dziennikarzy paraolimpijskich, zorganizowanym przez Fundację Avanti i projekt „Tauron Sportowym Partnerem Paraolimpijczyków”, został wyróżniony za tekst „Paraolimpijczycy apelują do mediów: piszcie o nas normalnie”, a nam zdradził, co można znaleźć na jego strychu i skąd wziął pomysł na miniporadnik dla dziennikarzy.

    Dlaczego został Pan dziennikarzem?

    Do pisania ciągnęło mnie zawsze.  Na początku dużo czytałem, prenumerowałem np. „Przegląd Sportowy”, którego roczniki nadal leżą gdzieś na strychu. Zacząłem pisać jeszcze na studiach. Przez całe 4 lata nauki byłem współpracownikiem działu sportowego dziennika „Rzeczpospolita”.

    Jak się Pan zetknął ze sportem osób z niepełnosprawnościami?

    Po studiach wyjechałem na rok jako wolontariusz do Niemiec. Pracowałem tam z osobami z niepełnosprawnością intelektualną i chorującymi psychicznie.  To był mój pierwszy tak poważny kontakt z niepełnosprawnością i to doświadczenie  mnie w jakiś sposób zmieniło. Niedługo po powrocie do Polski trafiłem do redakcji  magazynu „Integracja”. Od tamtej pory minęło już prawie 11 lat. Nadal jestem częścią tego magazynu, a od kilku lat pełnię rolę sekretarza portalu http://www.niepelnosprawni.pl.

    W takim razie nie doświadcza Pan problemów z przekonaniem redaktora naczelnego do publikacji materiałów o paraolimpijczykach?

    Rzeczywiście, takich problemów nie mam. Chętnie poruszam temat sportu osób z niepełnosprawnościami, co wynika z mojego zainteresowania sportem w ogóle. Problematyka niepełnosprawności jest tak szeroka, że właściwie i bez sportu mógłbym spokojnie wypełniać miejsce w portalu czy magazynie, ale prawda jest taka, że nie potrafiłbym omijać tego tematu. Sport jest dla mnie ważny. Piszę więc często o tej swojej pasji, a pracuję w miejscu, gdzie oczywiście nie muszę nikogo przekonywać, że warto o tym pisać. Przecież Piotr Pawłowski, założyciel Integracji, zanim w wyniku niefortunnego skoku do wody znalazł się na wózku, był dobrze zapowiadającym się koszykarzem i podziela moją sportową pasję.

    Skąd wziął się pomysł na napisanie artykułu o potrzebach medialnych paraolimpijczyków?

    Dzięki rozmowom z paraolimpijczykami i sportowcami w ogóle. To oni zwrócili mi uwagę, że w mediach patrzy się na nich nie przez pryzmat osiągnięć sportowych, a jak na osoby z niepełnosprawnością, które są niezwykle dzielne w pokonywaniu przeszkód i samych siebie. Nie tak to powinno wyglądać. Dlatego właśnie zdecydowałem się napisać taki miniporadnik dla dziennikarzy niezwiązanych z tematyką sportu paraolimpijskiego. Znam pracę dziennikarza od podszewki, wiem, że gdy dziennikarz zajmuje się wieloma tematami, nie ma czasu ani możliwości, żeby się zagłębić w sport paraolimpijski. Czasami idzie na skróty, a sportowcy chcieliby być opisywani po prostu, tak jak sportowcy. Ciężki czas walki o lepsze życie, o poradzenie sobie ze skutkami chorób, wypadków i innych zdarzeń, mają już za sobą. Teraz są zawodnikami. W tym artykule podsumowałem nasze rozmowy.

    Czy Pana rozmówcy łatwo dali się namówić na powtórzenie do publikacji tego, co wcześniej mówili tylko w rozmowach prywatnych?

    Obawy, jak ten tekst zostanie odebrany, na pewno były. Sam się zastanawiałem, jak to zostanie przyjęte przez dziennikarzy, ale te negatywne scenariusze się nie sprawdziły. Zawodnicy chętnie wypowiadali się i punktowali po kolei to, co im doskwierało. Ja z kolei nie chciałem nikogo pouczać. To miała być „ściąga” dla dziennikarzy, którzy pracują w ogromnym pośpiechu i mierząc się z terminami, czasami muszą upraszczać rzeczywistość. Jednocześnie jednak trzeba zaznaczyć, że zawodnicy doceniają zainteresowanie ich dyscyplinami i rywalizacją.

    A może jest tak, że zawodnicy nie ułatwiają dziennikarzom kontaktów ze sobą? Nie wychodzą z inicjatywą?

    To trudne pytanie. Wydaje mi się, że dziennikarz, kontaktujący się ze klubami START, zawsze dostanie kontakt do zawodnika, ale też zawodnicy muszą się nauczyć kontaktów z mediami, i to się już dzieje. Zazwyczaj są bardzo otwarci na rozmowy, a ci najbardziej znani korzystają z profesjonalnego wsparcia w zakresie public relations, a to jest często właściwy kierunek. Wysiłek włożony w przyciągnięcie uwagi dziennikarzy na pewno się opłaci.

    Czy wyróżnienie w konkursie miało dla Pana jakieś znaczenie, czy to tylko jeszcze jedno wyróżnienie wśród wielu innych?

    To ogromne wyróżnienie, które ma dla mnie duże znaczenie. Tym bardziej, że pochodzi od samego środowiska paraolimpijczyków. To potwierdzenie tego, że pisanie o osobach z niepełnosprawnością i łączenie tego ze sportem ma uzasadnienie. Jest czytelnikom i zawodnikom potrzebne. Zupełnie się tego nie spodziewałem.  Po części jest to także wyróżnienie dla całej naszej redakcji. Ukoronowanie tego, że podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Rio zamieniliśmy się w nocną redakcję i żyliśmy w rytmie zawodów. Bardzo w imieniu swoim i redakcji dziękuję.

  • 17309862_1276397505777335_4602920887716096072_n

    Zwycięzcy konkursu dziennikarskiego. Burzliwe obrady

    Majka Lisińska Kozioł została zwyciężczynią pierwszej edycji konkursu dla dziennikarzy piszących o sporcie paraolimpijskim. Konkurs został ogłoszony przez Fundację Avanti we współpracy z  projektem „ Tauron- Sportowy Partner Paraolimpijczyków”.

    – Tematyka sportu paraolimpijskiego niezwykle rzadko pojawia się mediach. Są jednak dziennikarze, którzy regularnie relacjonują wydarzenia na arenach sportowych, przybliżają sylwetki paraolimpijczyków, poruszają problemy środowiska sportu osób niepełnosprawnych i wprowadzają kibiców w meandry przepisów rywalizacji sportowej. To właśnie ich chcieliśmy wyróżnić- mówi Katarzyna Rogowiec, prezes Fundacji Avanti oraz była paraolimpijka, podwójna złota medalistka z Turynu w biegach narciarskich, którą zaskoczyło duże zainteresowanie inicjatywą wśród mediów.

    – W odpowiedzi na konkurs, otrzymaliśmy 20 tekstów. Nie było nam łatwo uzgodnić werdykt. Teksty były zupełnie różne. Czytaliśmy pasjonujące wywiady, ważne analizy, relacje z zawodów. Wszystkie dobrze napisane, ciekawe, wskazujące na głęboką znajomość tematu, dlatego prace kapituły konkursu przebiegały burzliwie- dodaje Katarzyna Rogowiec.

    Członków kapituły pogodziła Majka Lisińska Kozioł, która na konkurs przysłała tekst „Chudy ser i orzechy jada rano. Ryż z miodem przed startem.”. Artykuł napisany dla Dziennika Polskiego, to reportaż o trudnej drodze do sportowych sukcesów, cierpiącej na stwardnienie rozsiane Anny Trener Wierciak. Autorka nie opowiada jednak o chorobie, a niezwykłej woli walki i optymizmie swojej bohaterki. Robi to w sposób przystępny i ciekawy także dla czytelników, którzy nie są kibicami sportu paraolimpijskiego.

    Burzliwe obrady jury zaowocowały przyznaniem dodatkowych nagród.  Przypadły one w udziale Tomaszowi Przybyszewskiemu i Marcinowi Kałuskiemu. Tomasz Przybyszewski  to dziennikarz portalu Niepełnosprawni.pl, który na konkurs zgłosił m.in.  tekst  „Paraolimpijczycy apelują do mediów: piszcie o nas normalnie, jak o sportowcach”, w którym poruszył ważny temat wizerunku medialnego paraolimpijczyków. Natomiast Marcin Kałuski, dziennikarz Kroniki Beskidzkiej przedstawił kwestię dopingu, pokazując szerszy kontekst sprawy.

    – Gratuluję zwycięzcom i dziękuję wszystkim autorom, którzy nadesłali swoje teksty. Mam nadzieję, że nasz konkurs to dopiero początek drogi w promowaniu pracy dziennikarzy zajmujących się sportem paraolimpijskim- podsumowuje Katarzyna Rogowiec.

    Tomasz Przybyszewski  http://niepelnosprawni.pl/ledge/x/341869

     

    00

    annatrener

    chudy

    hamerlak_ja_wracam_2

     

  • OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Alicja Fiodorow i Janusz Rokicki „Chcemy usłyszeć hymn na paraolimpiadzie”

     

    Mateusz Antczak: Obydwoje Państwo pierwszy raz na igrzyskach paraolimpijskich wystąpiliście w Atenach, w 2004 roku. Jak czuli się Państwo podczas swojego debiutu na tej najbardziej prestiżowej imprezie sportowej?

     

    Alicja Fiodorow: Dla mnie był to przede wszystkim bardzo duży stres. Były to moje pierwsze zawody tej rangi, dlatego jechałam mocno zestresowana. Nigdy nie widziałam takiej imprezy „od środka”, także było to bardzo duże przeżycie. Często do niego wracam, ze względu na to, że zdobyłam tam pierwszy medal paraolimpijski. Dlatego też lubię o tym mówić, lubię to wspominać. Super momenty.

     

    Janusz Rokicki: Dla mnie to też były pierwsze, poważne zawody. Do tej pory startowaliśmy na mistrzostwach Polski, czy jakichś mityngach, a tam rywalizowaliśmy z czołówką światową. To naprawdę jest niesamowite przeżycie, szczególnie dla debiutanta.

     

    Zarówno Pan, jak i Pani przywieźliście z Aten po medalu. Czy spodziewaliście się tak dobrych wyników?

     

    A.F.: Szczerze? Jechałam walczyć o medale, bo każdy, kto jedzie na igrzyska paraolimpijskie, liczy na jakiś krążek. Przed Atenami wiedzieliśmy z trenerem, że jestem dobrze przygotowana. Tak jak już wcześniej wspominałam, podczas spotkania z resztą uczniów, trener przed startem zapisał przewidywany wynik na kartce i pomylił się jedynie o trzy setne sekundy. To było wyjątkowe przeżycie.

     

    J.R.: A u mnie było trochę inaczej. Ja w Atenach miałem startować w innej grupie, niższej i można było powiedzieć, że jechałem po pewny złoty medal. Na miejscu okazało się, że klasyfikatorzy mnie po prostu źle ocenili. Przydzielono mnie do grupy wyższej, gdzie kula była o kilogram cięższa. To, że zdobyłem medal, to był jakiś cud, bo nie byłem przygotowany na taki obrót spraw, ale jednak w tym całym stresie wszystko jest możliwe. Adrenalina była taka, że człowiek mógł dać z siebie dużo więcej niż przewidywał.

     

    Został Pan odznaczony Złotym Krzyżem za zasługi i upowszechnianie sportu. Czy jest to dla Pana tak samo ważne wyróżnienie, jak medale mistrzostw świata, czy medale paraolimpijskie?

     

    J.R.: Nie wiem, czy można to porównać. Medale igrzysk olimpijskich, czy mistrzostw świata, są najważniejsze. To jest nagroda za nasz trud. Oczywiście jesteśmy bardzo dumni z uhonorowania nas Krzyżem Zasługi przez władze w naszym kraju, ale to nie jest cel główny codziennych, ciężkich treningów.

     

    W pewnym momencie swojego życia musiała Pani dokonać wyboru pomiędzy tenisem stołowym, a biegami krótkodystansowymi. Biorąc pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia, była to bardzo dobra decyzja. Czym kierowała się Pani przy jej dokonywaniu?

     

    A.F.: No tak, patrząc z perspektywy czasu, była to bardzo dobra decyzja. Podejrzewam, że w tenisie stołowym nie osiągnęłabym takich sukcesów… Może ten mój trening, nie był na tyle wymagający i tak dobry, żebym mogła grać na wysokim poziomie? A poza tym, lekkoatletyka, to rodzinna tradycja. Moja mama trenowała, moja siostra również. Jak widać, tradycyjnie wyszło.

     

    Dzięki swojej wytrwałej pracy i ogromnej ambicji stał się Pan wzorem dla wielu osób. Co daje Panu motywację do działania?

     

    J.R.: Mam pewne cele, marzenia, do których dążę. Mam też bardzo fajnych synów, którzy mnie naprawdę motywują, którzy się cieszą z tego, co robię. Motywuje mnie to, że wierzy we mnie rodzina, znajomi, przyjaciele. Miło jest, jak tuż przed igrzyskami pojawia się dużo pozytywnych, wzruszających wpisów. To bardzo ważne dla zawodnika.

     

    Kontuzje to jedne z największych porażek dla sportowców. Podczas Pani biegu na sto metrów w Rio, urazu nabawiła się reprezentantka Kuby, Yunidis Castillo, jedna z faworytek do medalu. Jak należy radzić sobie w takich sytuacjach?

     

    A.F.: No tak. Kontuzje to bardzo powszechny temat w naszej dyscyplinie. Tym bardziej, że my jako sportowcy niepełnosprawni, nie mamy takiej „otoczki”, jak sportowcy pełnosprawni.  Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mieli taką samą opiekę medyczną. Mimo wszystko, zmierza to już w dobrym kierunku. Kontuzja, to jest najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się zawodnikowi w sezonie olimpijskim. Kubanka może trochę zbyt „pazernie” chciała zdobyć wszystkie medale, na każdym możliwym dystansie, we wszystkich konkurencjach. Wystartowała w skoku w dal, chciała wystartować na sto, dwieście i czterysta metrów, i tam pozdobywać złote medale. Przeliczyła się. Przegrała z kontuzją. Tym bardziej, że rok wcześniej, na mistrzostwach świata borykała się z tym samym urazem, który też ją wyeliminował. Powinna wyciągnąć jakieś lekcje z tamtych zawodów, no ale niestety widać, że chciwość czasami wygrywa z rozsądkiem. Mnie do tej pory omijają ciężkie kontuzje. Czasami tylko przychodzi mi walczyć z drobnymi urazami, które nie eliminują mnie z gry o medale.

     

    Czy Pana zdjęcie w tle na Facebooku ma jakieś głębsze przesłanie czy to po prostu Pana ulubiony kadr z filmu „Epoka lodowcowa 4”?

     

    J.R.: Nie, to ma głębszy przekaz (śmiech). Cztery razy startowałem na igrzyskach paraolimpijskich, trzy razy srebrny medal. To złoto było już tak blisko. Jak ta wiewiórka, co chce złapać żołędzia, ale ciągle jej ucieka. Podobnie do mojego złota, które miałem „w ręce”, ale jednak uciekło… Jak widać, zdjęcie stało się grą skojarzeń.

     

    Czy zauważają Państwo na przestrzeni ostatnich lat, wzrost liczby osób niepełnosprawnych uprawiających sport? Jeżeli tak, to co Państwa zdaniem ma na to wpływ?

     

    A.F.: W moim przekonaniu, brakuje właśnie tej „świeżej krwi” w naszym sporcie. My z Januszem jesteśmy weteranami. Startujemy od wielu, wielu lat. Ja już jestem w sporcie niepełnosprawnych dziewiętnaście wiosen i do tej pory w mojej konkurencji, w mojej dyscyplinie nie pojawił się nikt, kto mógłby mi zagrozić. Mało jest tej „młodej krwi”. Myślę, że to spowodowane jest tym, iż nasz sport nie jest jeszcze tak popularny i rozpowszechniany w Polsce. Ale idzie to w dobrym kierunku, bo na przykład po raz pierwszy pokazywane były igrzyska paraolimpijskie w telewizji. Mam nadzieję, że ta coraz większa obecność sportu niepełnosprawnych w mediach przyczynia się do wzrostu świadomości w społeczeństwie. Chciałabym, aby ci młodzi ludzie zrozumieli, że oni też mogą w życiu coś zrobić dla siebie.

     

    No właśnie. A jak wygląda szkolenie młodzieży niepełnosprawnej w naszym kraju? Czy te nowe osoby, które chciałby spróbować swoich sił w różnych konkurencjach, mają ku temu możliwości?

     

    A.F.: Możliwości są, jak najbardziej, bo w każdym zakątku kraju są kluby, które zrzeszają niepełnosprawnych w różnych dyscyplinach, różnych sportach. Więc tak naprawdę jest gdzie trenować, tylko po prostu dzieciakom brakuje chęci. Trzeba bardzo dużo trenować, aby utrzymywać się ze sportu. Tak jak my to w tej chwili robimy, bo to jest nasza praca, żyjemy tak naprawdę ze sportu. Myślę, że teraz jest trochę inne pokolenie niż w czasach, kiedy ja zaczynałam. Teraz są komputery, telefony, smartfony, tablety i dzieciaków ciężko wyciągnąć na podwórko, żeby pograły w piłkę, czy spotkały się „na żywo”, a nie rozmawiały przez Internet. Ponadto, współczesna młodzież zbyt szybko traci motywację.

     

    J.R.: Młode społeczeństwo jest takie, że wszystko musi mieć na teraz. Wszyscy od razu chcieliby medale. Kiedyś, to się wysłało list i się czekało na odpowiedź, a teraz ma być wszystko „na już”. A jak trzeba dać coś więcej od siebie, to jest problem…

     

    Z czterech igrzysk, w których brała Pani udział, przywiozła Pani trzy brązowe i cztery srebrne krążki. Czy możemy spodziewać się udekorowania tego niesamowitego dorobku złotem w Tokio?

     

    A.F.: Marzę o tym złotym medalu cały czas. Marzyłam już o nim w Rio, ale niestety, kiedy odchodzi jedna dobra zawodniczka, pojawia się nowa. Ja już jestem coraz starsza, lata nie lecą w dół… Ciało się zmienia i jest mi już czasami coraz ciężej wykonać jakąś większą pracę. Ale będę walczyć. Jadę po to, aby przywieźć medal i mam nadzieję, że ten ostatni akcent w Tokio będzie udany. Będą to prawdopodobnie moje ostatnie zawody. Tak sobie zakładam, ale nie wiem, co się jeszcze wydarzy. Już po Londynie i po Pekinie mówiłam, że to będą moje ostatnie igrzyska. Także nic nie jest jeszcze przesądzone, ale bardzo chciałabym zdobyć ten złoty medal i będę o niego walczyć. Jeżeli nie uda mi się zdobyć złota, to i tak pozostanę spełnionym sportowcem.

     

    Jest Pan już bardzo utytułowanym zawodnikiem. Ma Pan na swoim koncie takie osiągnięcia jak Mistrzostwo Europy, czy Mistrzostwo Świata. Z jakim celami pojedzie Pan na paraolimpiadę do Tokio w 2020 roku?

     

    J.R.: Jeśli w ogóle dotrwam do Tokio (śmiech). Bo te wszystkie kontuzje, które miałem, naprawdę były poważne. Jak dotrwam, to powalczę o złoto. Pojadę z dobrym nastawieniem. Barki przestały boleć, więc trenujemy, a co będzie, to się okaże.

     

    A.F.: Tak, jedziemy w końcu wyrwać to złoto, żeby posłuchać Mazurka Dąbrowskiego na podium olimpijskim! Już wysłuchaliśmy naszego hymnu na  mistrzostwach Europy i mistrzostwach Świata, więc jeszcze nam brakuje tego Mazurka na olimpiadzie. Będziemy walczyć!

     

    Co chcieliby Państwo na koniec przekazać uczniom naszej szkoły, a może wszystkim młodym sportowcom, którzy są jeszcze na początku swojej sportowej kariery?

     

    A.F.: Przede wszystkim, aby się nie poddawali. Nie mogą się zniechęcać po kilku porażkach. Ze wszystkich nieudanych prób należy wyciągać wnioski i wykorzystywać je jako motywację do dalszej walki. Muszą wyznaczyć sobie jasny plan i konsekwentnie go realizować.

     

    J.R.: Trzeba mieć upór, wyznaczone cele i samozaparcie. Dużo było takich zawodników, którzy mieli talent, ale jak człowiek nie ma zacięcia, nie traktuje treningu jak rzeczy świętej, tylko raz mu się nie chce, raz pójdzie do kina, to nie osiągnie wyznaczonych celów. Czas ucieka i trzeba wykorzystać go jak najlepiej!

     

    A.F.: Dokładnie. Jak to wszystko będzie ze sobą współgrało, to jest recepta na sukces.

  • kikol2

    Wojciech Kikowski, sukcesy sportowe planuje po 70 urodzinach

    Wojciech Kikowski zmienił życie kilku lekkoatletów, ale zawodnicy niepełnosprawni zmienili także jego. Dzięki swoim podopiecznym nie przejmuje się drobnostkami i jest spełnionym człowiekiem. W październiku minie 50lat jego pracy w roli trenera, a nam opowiedział  o swoich startowych planach i wyjaśnił, co robił do południa przez 30 lat.

    Panie trenerze, jak to się stało, że nie studiował pan na AWF i wybrał  fizykę?

    Myślałem o studiowaniu na AWF, ale zdaje się, że byłem niezłym uczniem. Gdy moja mama pojawiła się w szkole i zapytała nauczycieli, czy to rozsądne żebym szedł a AWF, odradzili takie rozwiązanie. Mama mnie więc od tego pomysłu odwiodła. Fizyka jednak też mi się zawsze podobała. Chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o otaczającym mnie świecie. Jednocześnie ze zgłębianiem fizyki, ukończyłem kurs instruktora lekkiej atletyki. Godziłem swoje dwie pasje i przez to nigdy mi się nie znudziły. Do południa byłem nauczycielem fizyki w liceum w Skierniewicach, a po południu byłem trenerem w klubie sportowym. I to tak trwało  od 1969 aż do 2000r. chociaż zmieniały się szkoły i  kluby.

    Potem była emerytura nauczycielska i sport paraolimpijski?

    Dokładnie. Jako emerytowany nauczyciel miałem już wolne przedpołudnia. Ta dyspozycyjność pozwoliła mi wejść w sport osób niepełnosprawnych. I właśnie tak spędziłem ostatnie 20 lat mojej pracy. Uważam ten okres na niezwykle radosny i pozytywny.

    A do tego jest pan jeszcze zawodnikiem?

    Jako młody człowiek byłem pasjonatem lekkoatletyki, ale nie miałem warunków fizycznych, by w dziesięcioboju, który mi się wtedy podobał, uzyskiwać jakieś przyzwoite wyniki. Predyspozycje miałem do biegów średnich, ale to mnie akurat nudziło. Praca zawodowa też mi nie ułatwiała uprawiania sportu. Gdy miałem trochę ponad 30 lat dowiedziałem się, że mój kolega startował w mistrzostwach weteranów i nabrałem chęci, żeby spróbować. Nawet organizowałem takie zawody w Polsce i angażowałem się w pracę związku sportowego. Staram się także regularnie startować w takich zawodach.

    No i zrobił to pan z niezłymi wynikami, ustanawiając rekord Polski w swojej kategorii w skoku wzwyż i zdobywając medale na mistrzostwach Europy.

    Mogę sobie nudzić, że „wesołe jest życie staruszka”, bo im jestem starszy, tym wyżej jestem notowany. Mam trochę medali mistrzostw Polski i innych, ale nie mogłem pogodzić startów z pracą. Zawsze zawody przegrywały.

    Zdradzę panu, że ja planuję zaczekać do setki i wtedy wystartować w zawodach weteranów. Jeśli nie będę najszybsza, to może chociaż będę jedyna w swojej kategorii.

    Dobry plan. Mój jest trochę inny. Gdy będę 70-latkiem i będę najmłodszym w kategorii M70, gdzie startują zawodnicy od 70 do 75 r.ż. dopiero zaszaleję i jakieś tam wysoko notowane wyniki w rzucie oszczepem porobię.

    Jako trener  początkowo pracował pan z zawodnikami pełnosprawnymi. Kogo pan trenował?

    Przede wszystkim uczniów szkół średnich, ale ci zawodnicy, gdy kończyli 18 lat, wyjeżdżali na studia, do wojska i nie wracali do małej miejscowości. Niektórzy kontynuowali karierę sportową. Moja wychowanka Marzena Zbrojewska, została później, już jako zawodniczka AZS-AWF Wrocław, mistrzynią Polski w rzucie dyskiem. Kilka lat po tym, jak wyjechała ze Zduńskiej Woli.

    Jako trener zawodników niepełnosprawnych prowadził pan złotego medalistę paraolimpijskiego, jak to się zaczęło?

    Jak to zwykle bywa, zaczęło się przez przypadek. W moim mieście funkcjonowały spółdzielnie inwalidzkie, które realizowały m.in. zadanie dbania o kondycję fizyczną osób niepełnosprawnych, na poziomie rekreacyjnym. Przyglądałem się temu, ale nic ponadto, aż w końcu dałem się namówić, żeby spróbować z zawodnikiem, który grał w piłkę nożną mimo skróconej o jakieś 15cm nogi. Przyznaję, że wahałem się zbyt długo. Gdybym od razu się zdecydował, to może  w Seulu Zbyszek Sobczak  byłby medalistą.  Reprezentantem Polski został 12lat później w Sydney, o tyle był już starszy. Zdobył piąte miejsce.

    Co pana przekonało do podjęcia tej współpracy?

    W klubie, w którym wtedy pracowałem trenowała też sekcja piłki nożnej. Relacje między lekkoatletyką a piłką nie bardzo się układały. Przenieśliśmy się do innego klubu, a tam właśnie rekreacyjnie trenowali lekkoatleci niepełnosprawni. Namówiłem ich, żeby spróbowali potrenować tak na poważnie. Tak zacząłem współpracę z trzema osobami. Cała trójka startowała później na paraolimpiadzie. Jeden z nich, Robert Chyra zmusił rodzinę, by w stodole wybudowali mu siłownię, a nią koło do rzutu dyskiem. Jego determinacja i pracowitość przyniosły mu złoty medal w Sydney. W tej grupie był także Jacek Przebierała, który  został brązowym medalistą paraolimpijskim.

    Czy napotkał pan w czasie kariery trenera zawodników niepełnosprawnych, jakieś niedające się rozwiązać problemy?

    I tak i nie. Zawodnicy niepełnosprawni mogą trenować tak samo intensywnie jak pełnosprawni, oczywiście z wyjątkiem tych ćwiczeń, których fizycznie nie mogą wykonać. Pod tym względem nie ma przeszkód. Jednak problem pojawiał się wtedy, gdy spotykałem zawodnika o dużym stopniu niepełnosprawności. Trenowanie takiego człowieka, wymaga całkowitego poświęcenia się wyszkoleniu tylko jednej osoby. Decyzja, czy trenować grupę kilku zawodników, czy poświęcić się jednemu nigdy nie była prosta, jednak niestety zapadała na korzyść tej grupy, która  wkrótce się powiększyła.

    I doszła panu nowa funkcja. Po 4  kolejnych latach był pan już trenerem koordynatorem

    Zachęcałem i zawodników i trenerów do gonienia świata, który przecież cały czas się rozwija. Sport jest mierzalny. Łatwo sprawdzić wyniki. Przecież jeśli nie pójdziemy ścieżką, którą wydeptali już zawodnicy pełnosprawni, nie zwiększymy intensywności treningów, to nie będziemy  mieli tych wyników. Jako koordynator miałem szczęście trafić na trenerów, którzy się na taki pogląd się zgodzili. Funkcja koordynatora polega po prostu na tym, że oprócz trenowania swoich zawodników, trzeba jeszcze logistycznie ogarnąć kalendarz startów, zgrupowań, klasyfikacji międzynarodowych. Przy czym jest to zespołowy wysiłek wielu trenerów. Każdy trener wnosi przecież coś od siebie.

    Którego z zawodników uważa pan za swój największy sukces?

    Kiedyś sam się nad tym zastanawiałem i nie wiem. Każdy z nich to osobna historia, wiele przeszli, wiele pokonali, nie potrafiłbym ich kategoryzować. Miałem jednego złotego medalistę i to była ogromna radość, ale był też zawodnik, który powiedział, że po wypadku dałem mu nowe życie. Te słowa były dla mnie niezwykle ważne. Nie umiem odpowiedzieć. Trenowałem zawsze fantastycznych ludzi, niezwykłych. Niektórzy trafili do mnie przez przypadek, a zdobywali medale.

    Przez te 20 lat dawał tam zawodnikom nowe życie, a czy oni zmienili pana życie?

    Oczywiście. Bardzo. Dali mi lekcję pokory i dystansu do problemów życiowych. Nie mają ręki, czy nogi, czy cierpią na inne schorzenie i zawsze są radośni, a my, ci niby zdrowi, ciągle narzekamy. A to że się łysieje, a to siwieje, a to pryszcz na nosie wyskoczył. Takie zjawisko, dzięki moim zawodnikom zupełnie zniknęło z mojego życia. Ten optymizm przekazuję dalej. Swojej rodzinie, bliskim.

    Osobnym rozdziałem pana pracy trenerskiej był najmłodszy i jednocześnie pierwszy niepełnosprawny zdobywca biegunów Jan Mela. Jak doszło do tej współpracy?

    Jak zwykle, przez przypadek. O Marku Kamińskim [polarnik, podróżnik] oczywiście słyszałem, jak każdy. Przypadek jednak polega na tym, że jedna z moim uczennic, wyszła za niego za mąż. Więc gdy pan Kamiński szukał trenera dla Jasia Meli, to ona sobie przypomniała, że fizyki uczył ją trener zawodników niepełnosprawnych. I tak się zaczęło. Mieliśmy mało czasu, więc Jaś przyjeżdżał na nasze zgrupowania i intensywnie pracowaliśmy. Nauczył się jeździć na nartach biegowych, które mam zresztą do dzisiaj. Podobała mi się jego gotowość do ciężkiej pracy i pasja z jaką podchodził do realizacji zaplanowanych zadań.

    A jakie zadania jeszcze przed panem?

    Ja to bym sobie życzył, żeby zawodnicy powychodzili z kontuzji i żeby nie zabrakło środków finansowych na zaplanowane działania. Sobie na razie nie stawiam sobie celów sportowych, przynajmniej nie przed ukończeniem siedemdziesiątki

  • 7

    Andrzej Szczęsny: ”Szybciej nauczyłem się jeździć na nartach niż korzystać z wyciągów”

    Andrzej Szczęsny, paraolimpijczyk, narciarz jeżdżący na stojąco, opowiedział nam o swoich dalszych planach, a rozmawialiśmy z nim w przełomowym momencie. Po raz trzeci w karierze złamał nogę i myśli właśnie o wycofaniu się z rywalizacji sportowej.

    6

    Miałam zapytać o plany startowe, ale rozmawiamy w momencie, gdy ma pan złamaną nogę. Jak ten uraz wpłynie na najbliższy sezon?

    No niestety. Przygotowywałem się do mistrzostw świata i w listopadzie podczas treningu złamałem nogę. To zupełnie wyklucza mnie z trwającego sezonu i chyba nie tylko z niego. Muszę się głęboko zastanowić, czy jeszcze będę kontynuował karierę zawodniczą.

    Zabrzmiało to bardzo poważnie, a przecież to nie jest pana pierwsze złamanie. Poprzednie przytrafiło się panu przed startem olimpijskim, a jednak po nim przyszły sportowe osiągnięcia.

    Zgadza się. W 2006 r., na mojej pierwszej paraolimpiadzie, dwa dni przed  startem złamałem nogę na treningu. Wtedy byłem jednak 10 lat młodszy. Szybciej się regenerowałem. Obecna kontuzja jest znacznie poważniejsza. To złamanie wieloodłamowe. Jestem poskręcany śrubami. Teraz jestem w innej sytuacji. Po pierwsze jestem starszy, widzę jak szybko zanikają ciężko wypracowane mięśnie. Trzeba będzie zaczynać od nowa i przede mną długa praca, by wrócić do formy. Po drugie niedawno się ożeniłem i muszę myśleć już nie tylko o sobie. Treningi i starty powodują, że przez pół roku jesteśmy poza domem.

    Kim pan będzie, jeśli nie zawodnikiem?

    Na pewno nie chcę tracić kontaktu z narciarstwem. Może zajmę się serwisem. Potrafię przygotować sprzęt do zawodów. A w dalszej przyszłości mógłbym się zająć szkoleniem młodzieży niepełnosprawnej. Przez 16 lat ścigałem się na zawodach i myślę, że mam wiedzę, która dla innych może okazać się przydatna.

    Czy łatwo zachęcić młodych ludzi do treningu?

    Przyznaję, że sytuacja nie wygląda na lepiej. Narciarstwo uprawiane na jednej nodze nie jest popularne. Większym zainteresowaniem cieszy się narciarstwo na siedząco, czyli monoski. Nie do końca wiem, z czego to wynika, ale wierzę, że można to zmienić. Wiele zależy od wsparcia finansowego. Jeśli będą na to środki, to i znajdą się osoby chętne do spróbowania tej dyscypliny.

    Młode osoby z niepełnosprawnością raczej nie trafiają samodzielnie do klubów sportowych. Jak znajdzie pan chętnych?

    To wymaga zaangażowania i pracy. Trzeba być aktywnym i pojeździć po szkołach, gdzie uczą się osoby niepełnosprawne i opowiedzieć im  o możliwościach uprawiania narciarstwa. Jestem pewien, że znajdę chętnych przynajmniej do spróbowania.

    A jak to było z panem? Stracił pan nogę w wyniku choroby w wieku 10 lat. Szybko się pan pogodził z nową sytuacją?

    Nogę straciłem po długiej chorobie nowotworowej i rzeczywiście bardzo szybko pogodziłem się z jej brakiem. Myślę, że to ze względu na wiek. Stałem się osobą niepełnosprawną, chociaż właściwie nigdy tak o sobie nie myślałem. Nauczyłem się chodzić o kulach i jak to dziecko, zacząłem wychodzić z chłopakami grać w piłkę, jeździłem na rowerze. Na pewno pomógł mi fakt, że jestem z rodziny wielodzietnej. Miałem 6 braci i 4 siostry. Nie było więc czasu na trzymanie mnie pod kloszem. Miałem wolną rękę.

    I wykorzystał ją pan, by uprawiać siatkówkę na siedząco…

    Pochodzę z małej miejscowości na Podkarpaciu. Do szkoły średniej zacząłem chodzić w Busku Zdroju i to właśnie tam zaczęła się moja kariera sportowa. Początkowo faktycznie założyliśmy tam drużynę siatkówki na siedząco. Jeździliśmy na turnieje, aż któregoś razu dostałem propozycję z klubu Start Kielce, żeby pojechać na obóz zimowy i spróbować narciarstwa. Byłem otwarty na wszelkie wyzwania, więc natychmiast się na to zgodziłem.

    Narciarstwo od razu się panu spodobało?

    Ależ skąd (śmiech). Ten obóz był moim pierwszym kontaktem z nartami, czy raczej jedną nartą. Było ciężko. Co stanąłem na tej narcie, to się wywracałem. Po kilkunastu takich upadkach, doszedłem do wniosku, że tego się po prostu nie da zrobić. Do końca obozu nie dałem się już się namówić do powrotu na stok. Straciłem zainteresowanie nartami.  Na szczęście trafiłem na upartego prezesa klubu, który zabrał mnie na kolejny obóz. I w końcu zaczęło wychodzić. Nauczyłem się jazdy na narcie przez jeden sezon. Problemem pozostawały wyciągi. Wtedy były to wyciągi talerzykowe, a ja mam tak wysoko amputowaną nogę, że tego talerzyka nie było gdzie umieścić. Różne akrobacje robiłem. Umieszczałem go np. pod pachą. Było to naprawdę męczące i kosztowało mnie mnóstwo energii, o upadkach nie wspominając. Dłużej uczułem się korzystać z wyciągu niż jeździć na nartach.

    Ale już w drugim sezonie wyjechał pan na obóz z kadrą olimpijską…

    Miałem zobaczyć jak oni trenują i trochę z nimi pojeździć. Byłem oczarowany, zwłaszcza Alpami, w których byłem wtedy pierwszy raz. Tam też odkryłem, że wcale nie potrafię jeździć na nartach. Przekonałem się o tym, patrząc na będącego wtedy w życiowej formie Łukasza Szeligę [obecnie prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego- przyp. red.]. Jak zobaczyłem, jak on jeździ, wiedziałem że przede mną długa droga.

    Kiedy pokonał pan swojego mistrza?

    Zostałem powołany do reprezentacji paraolimpijskiej. Zacząłem z nimi wyjeżdżać i chyba gdzieś po trzech sezonach korzystania z wiedzy Łukasza i jego trenera doścignąłem mistrza. Pokonałem go i innych zawodników na mistrzostwach Polski. To były moje pierwsze wygrane zawody. To było wielkie przeżycie i sukces. Smakowało tak, jak później 5 miejsce na mistrzostwach świata.

    Na drodze dalszym sukcesom na podium stanęła zmiana w przepisach. Jak pan to ocenia?

    Klasyfikacja zmieniła się z jednej skrajności w drugą. Początkowo było bardzo dużo grup. Praktycznie każdy rodzaj niepełnosprawności miał osobną grupę startową. Później wszystkie grupy zostały połączone. Nie ścigałem się już tylko z osobami po amputacji jednej nogi, ale również takimi, którym amputowano palce dłoni. Nie mam szans z osobami, które mogą się ścigać na dwóch nogach.

    To może właśnie wymienił pan przyczynę spadku popularności narciarstwa na jednej narcie?

    Na pewno  w jakimś stopniu ta zmiana się do tego przyczyniła. Bardzo trudno w takim układzie dostać się do czołówki światowej, ale nie jest to niemożliwe. Zdarza się, że wygrywa zawodnik ścigający się na jednej nodze, ale to nie tylko zależy od treningów. Lód na trasie wystarcza, by narciarzowi z jedną nogą utrudnić start. Narciarstwo to sport kontuzjogenny. To także przyczynia się do mniejszej liczby startujących na jednej narcie. Ja jednak staram się popularyzować tę dyscyplinę.

    5

    Czy właśnie dlatego trafił pan do programu Celebrity Splash?

    (Śmiech). Po części na pewno właśnie po to, żeby popularyzować sport paraolimpijski. Dostałem propozycję wzięcia udziału w tym programie dzięki Łukaszowi Szelidze i szczerze mówiąc, na początku wiedziałem tylko, że to program rozrywkowy, ale ponieważ lubię wyzwania, to się zgodziłem. To było coś zupełnie nowego. Pływać to owszem, pływałem, ale skoki do wody, to był dla mnie całkiem nowy obszar. Nie spodziewałem się, że to przyjmie taki obrót i będę wzbudzał tak duże zainteresowanie. Mam wrażenie, że to było niespodziewane także dla realizatorów programu. Nasza trenerka była na początku przerażona moją niepełnosprawnością. Po pierwszym treningu przekonała się, że nie mam barier fizycznych.

    Spodziewał się pan wygranej?

    Zupełnie nie. Nie dawałem sobie dużych szans. Rywalizowałem z bardzo znanymi osobami. Byłem po prostu sobą i robiłem to, co do mnie należało. Z zaangażowaniem szykowałem nowe skoki, a widzowie to docenili.

    Docenili też sport paraolimpijski?

    Taką mam nadzieję. Wykorzystałem swoją ówczesną popularność, by o nim mówić. Starałem się działać na rzecz transmisji z Rio. Jakąś cegiełkę do działań popularyzujących sport paraolimpijski od siebie dołożyłem. Natomiast narciarstwo na pewno nie jest popularne wśród kibiców sportowych. Jest nas naprawdę niewielu. Nie ma porównania z dyscyplinami letnimi.

    Dziękujemy za rozmowę

  • bieg-pamieci-059-1024x683

    Janusz Bukowski- człowiek, który biega, by inni też mogli to robić

    Janusza Bukowskiego w Warszawie znają niemal wszyscy biegacze. Biega, organizuje wyjątkową imprezę Wybiegaj Sprawność i walczy, by jak najwięcej osób z niepełnosprawnościami mogło brać udział w imprezach sportowych. Do biegania namówił nawet brązowego medalistę paraolimpijskiego Wojtka Makowskiego. Niewidomy pływak spróbował nowej dyscypliny wspierany przez nietypowego przewodnika, Michała Pola. Jednak bieg „Wybiegaj Sprawność” to coś więcej niż zmagania sportowe. To przedsięwzięcie, dzięki któremu udało się zebrać 95 tys. i kupić 4 wózki dla niepełnosprawnych dzieci oraz sprzęt rehabilitacyjny. W historii imprezy znalazł się nawet zakup profesjonalnego roweru ręcznego (handbike) dla członka polskiej kadry para-kolarskiej i bieżni dla ośrodka rehabilitacji sportowców. Łącznie we wszystkich edycjach Wybiegaj Sprawność ufundowano 18 wózków, 3 kombinezony rehabilitacyjne, 5 par kul oraz obozy rehabilitacyjne i wyposażenie ośrodków.  Bukowski jednak na tym nie poprzestaje. Wspiera biegaczy na wózkach, jest przewodnikiem dla niewidomych podczas stołecznych biegów i stoczył wielką batalię na rzecz osobnej klasyfikacji w biegach dla osób biegających na wózkach aktywnych. Zapytaliśmy go szczegóły jego działalności.

    Zacząłeś biegać prawie 30 lat temu. Kiedy postanowiłeś zostać społecznikiem?

    – Idea biegu Wybiegaj Sprawność narodziła się we mnie po ponad 20 latach biegania. Biegam już jakieś 28 lat i 6 lat temu zrozumiałem, że do tej pory robiłem to tylko dla siebie i chciałem to zmienić. W moim najbliższym otoczeniu nie ma osób niepełnosprawnych, a jednak gdzieś w miejscach publicznych zaobserwowałem ich zmagania z codziennością. Ich wysiłek i determinacja spowodowały, że chciałem się swoją pasją  i radością biegania podzielić z innymi.

    Zanim jednak założyłeś fundację i zacząłeś organizować bieg Wybiegaj Sprawność, byłeś wolontariuszem.

    – To prawda. Przez 24 lata byłem wolontariuszem, a jednak nie uchroniło mnie to przed poczuciem, że biegając tak tylko dla własnych osiągnięć, jestem trochę egoistą. Czułem, że mogę i powinienem to zmienić. I efektem tego przemyślenia stała się organizacja tej imprezy

    Bałeś się, że nie przekonasz biegaczy do udziału w charytatywnym biegu?

    – W tym roku w Wybiegaj Sprawność wystartowała rekordowa liczba zawodników. To mnie niezwykle cieszy, ale tak naprawdę nie stawiam na ilość. Najważniejszy jest nasz cel. To, żeby udało się wybiegać środki na najwięcej sprzętu rehabilitacyjnego. To, że akurat na starcie naszego biegu stanęło więcej osób niż zazwyczaj, jest bardzo miłe, zwłaszcza że część biegów w Polsce notuje tendencję spadkową. Nie tylko liczba uczestników mnie pozytywnie zaskakuje, ale również coraz większe zainteresowanie akcją Wybiegaj Sprawność wśród osób, które chcą pomóc.

    Wśród tych osób znalazł się brązowy medalista paraolimpijski Wojtek Makowski. Jak go przekonałeś do udziału w biegu?

    – Wcale nie musiałem go przekonywać. Gdy do niego zadzwoniłem, on się naprawdę ucieszył. Okazało się, że od dawna chciał być obecny na tym biegu. Cieszę się, że do nas dołączył.

    Nie poprzestajesz na swojej imprezie. Podczas Biegu Niepodległości udało ci się zrealizować jeszcze jeden cel. Stworzyłeś podstawy pod osobną klasyfikację dla osób na wózkach „codziennych”, tak żeby nie musieli konkurować z zawodowcami. Dlaczego wyszedłeś z taką inicjatywą?

    – Od dłuższego czasu osoby z niepełnosprawnościami zwracały mi uwagę na ten problem. Po prostu nie mogą rywalizować z zawodowymi sportowcami na rowerach ręcznych, bo przecież jadą na swoich „normalnych” wózkach. Wcale nie było łatwo przekonać organizatorów biegów, dla których rozdzielenie tych kategorii było niezrozumiałe. 11 listopada, podczas Biegu Niepodległości udało się i został wykonany krok w dobrą stronę. Jeszcze trochę w tym temacie zostało do zrobienia.

    Masz teraz nowy pomysł, prawda?

    – No może sam pomysł nie jest nowy, ale mam takie marzenie, żeby wesprzeć niepełnosprawnych biegaczy. Największym problemem jest znalezienie przewodników. Dlatego, korzystając z okazji proszę tych biegaczy, którzy nie biegają tylko dla siebie, dla swoich nagród, abyśmy razem stworzyli grupę. Będziemy startować w ostatniej strefie, aby służyć pomocą biegaczom potrzebującym przewodników. Chciałbym stworzyć grupę pomagającą spełnić marzenia biegaczy na wózkach.

    Życzymy powodzenia i realizacji tych pięknych planów

  • images

    Historia Zimowych Igrzysk Paraolimpijskich

    Historia zimowych igrzysk paraolimpijskich jest krótsza niż letnich gdyż rozpoczęła się 16 lat później. Dopiero od V igrzysk paraolimpijskich w Artberville we Francji 1992r została rozgrywana w tym samym miejscu co igrzyska olimpijskie.

    I Zimowe Igrzyska Paraolimpijskie miały miejsce w Örnsköldsvik w Szwecji w 1976 roku, Startowało wówczas tylko 198 zawodników z 16 państw. Rozegrano konkurencje w narciarstwie zjazdowym i biegowym. Polskę reprezentowało 7 zawodników.

    II Igrzyska Paraolimpijskie odbyły się w Geilo w Norwegii w 1980 roku. Liczba uczestników rosła wystartowało 299 zawodników z 18 państw. Niestety bez udziału Polaków z powodu braku kwalifikacji.

    III Igrzyska Paraolimpijskie odbyły się w Innsbrucku w Austrii w 1984 roku. Wystartowało 419 zawodników z 21 państw, w tym 16 polskich zawodników. W programie narciarstwa pojawił się zjazd. Polska reprezentacja odniosła wielki sukces. Polacy zdobyli: 13 medali, w tym 9 w narciarstwie biegowym (3 złote, 2 srebrne, 4 brązowe) i 4 brązowe w zjazdowym.

    IV Igrzyska Paraolimpijskie ponownie odbyły się w Innsbrucku w 1988. Wzięło w nich udział 377 zawodników z 22 państw. Polskę reprezentowało 18 zawodników. Polacy zdobyli 8 medali : 5 w narciarstwie biegowym (1 złoty, 1 srebrny, 3 brązowe) i 3 brązowe w zjazdowym. Zarówno w narciarstwie biegowym jak i zjazdowym formalnie wystartowali zawodnicy w kategorii sit-skiing – na sledgach i mono-ski.

    V Igrzyska Paraolimpijskie w 1992 odbyły się w tym samym miejscu co Olimpiada dla sportowców pełnosprawnych, a mianowicie w Tignes-Albertville we Francji. Wystartowało wówczas 365 zawodników z 24 państw. Program był ograniczony jedynie do narciarstwa zjazdowego i biegowego. Wystartowała 13-osobowa drużyna z Polski która zdobyła 5 medali (2 złote, 3 brązowe) w narciarstwie biegowym.

    VI Igrzyska Paraolimpijskie w 1994 miała miejsce w Lillehammer. W programie znalazło się narciarstwo zjazdowe, biegowe, wyścigi na torze lodowym i po raz pierwszy biathlon oraz hokej na sledgach. Do programu narciarstwa alpejskiego dołączono super gigant. W zawodach wzięło udział 471 zawodników z 31 reprezentacji. Polskę reprezentowało 15 zawodników (11 biegaczy i 4 zjazdowców). Z medalami powrócili jedynie biegacze: 10 medali (2 złote, 3 srebrne, 5 brązowych) co dało Polsce 12 pozycję w klasyfikacji medalowej.

    VII Igrzyska Paraolimpijskie w 1998 roku po raz pierwszy wyszły poza obręb Europy. Miały miejsce w Nagano w Japonii. W ciągu 10 dni zawodów rozegrano 34 konkurencje w 4 dyscyplinach – w narciarstwie zjazdowym, nordyckim (biegowe, biathlon), w hokeju i wyścigach na torze lodowym. Ta ostatnia dyscyplina została wycofana z programu kolejnych igrzysk, gdyż uprawiana była w zbyt małej liczbie krajów. W igrzyskach wystartowało 561 zawodników z 31 państw, w tym 26 z Polski. Jedyne dwa brązowe medale wywalczyła dla naszej reprezentacji Danuta Poznańska w narciarstwie biegowym w klasie ID. Te cieszyły się wielkim zainteresowaniem ze strony publiczności (150 tys. widzów) i mediów (przeszło 1,4 tys. przedstawicieli).

    VII Igrzyska Paraolimpijskie w 2002 roku w Salt Lake City w USA. Wystartowało 416 zawodników z 36 krajów. Polskę reprezentowało 14 zawodników którzy zdobyli 3 medale (złoty w biegach narciarskich 10km, brązowy w biegach narciarskich 5km, brązowy w biatlonie).

    IX Igrzyska Paraolimpijskie w 2006 roku w Turynie we Włoszech. Wystartowało 486 zawodników z 39 krajów. Polska ekipa liczyła 11 zawodników i zdobyła 2 złote medale (Katarzyna Rogowiec biegi na 5,15km).

    X Igrzyska Paraolimpijskie w 2010 roku Vancouver w Kanadzie. Wystartowało 506 zawodników z 44 krajów. Polskę reprezentowało 13 zawodników + 1 pilot. Jedyny brązowy medal dla Polski zdobyła Katarzyna Rogowiec w biegu na 15km.

    XI Igrzyska Paraolimpijskie w 2014 roku w Soczi w Rosji. Wystartowało 576 zawodników z 45 krajów. Polska ekipa liczyła zaledwie 8 zawodników i niestety nie powiększyła dorobku medalowego dla Polski.

  • todays

    Konkurs dla dziennikarzy

    Ogłaszamy pierwszą edycję konkursu „Sport paraolimpijski- konkurs dla dziennikarzy”. Chociaż paraolimpiada już za nami, to nie brakuje dziennikarzy, którzy z pasją i oddaniem relacjonują zawody mniejszej rangi, opisują świat sportu paraolimpijskiego i przedstawiają sylwetki wybitnych sportowców oraz ich inspirujące historie.

    Jesteś jednym z nich? Zapraszamy do udziału w konkursie, na który można nadsyłać artykuły opublikowane w prasie lub w Internecie napisane pomiędzy 1 stycznia 2016 a 31 grudnia 2016r. Do udziału w konkursie możesz zgłosić się sam lub za pośrednictwem swojej redakcji. Artykuły można przesłać w formie skanów lub linków do publikacji.

    Nadesłane materiały będą oceniane przez sportowców i członków kapituły pod kątem  przystępnego sposobu informowania o osiągnięciach sportowców paraolimpijskich, popularyzowania zagadnienia, znajomości poruszanego tematu.

    Wyniki konkursu ogłosimy 28 lutego 2017. Nagrodą jest 1000zł, weekendowy pobyt w hotelu „Gazdówka na Białym Krzyżu” w górach.

    Link do regulaminu

    regulamin-konkursu

    Formularz wyrażenia zgody przez autora

    formularz-wyrazenia-zgody-przez-autora