• OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Alicja Fiodorow i Janusz Rokicki „Chcemy usłyszeć hymn na paraolimpiadzie”

     

    Mateusz Antczak: Obydwoje Państwo pierwszy raz na igrzyskach paraolimpijskich wystąpiliście w Atenach, w 2004 roku. Jak czuli się Państwo podczas swojego debiutu na tej najbardziej prestiżowej imprezie sportowej?

     

    Alicja Fiodorow: Dla mnie był to przede wszystkim bardzo duży stres. Były to moje pierwsze zawody tej rangi, dlatego jechałam mocno zestresowana. Nigdy nie widziałam takiej imprezy „od środka”, także było to bardzo duże przeżycie. Często do niego wracam, ze względu na to, że zdobyłam tam pierwszy medal paraolimpijski. Dlatego też lubię o tym mówić, lubię to wspominać. Super momenty.

     

    Janusz Rokicki: Dla mnie to też były pierwsze, poważne zawody. Do tej pory startowaliśmy na mistrzostwach Polski, czy jakichś mityngach, a tam rywalizowaliśmy z czołówką światową. To naprawdę jest niesamowite przeżycie, szczególnie dla debiutanta.

     

    Zarówno Pan, jak i Pani przywieźliście z Aten po medalu. Czy spodziewaliście się tak dobrych wyników?

     

    A.F.: Szczerze? Jechałam walczyć o medale, bo każdy, kto jedzie na igrzyska paraolimpijskie, liczy na jakiś krążek. Przed Atenami wiedzieliśmy z trenerem, że jestem dobrze przygotowana. Tak jak już wcześniej wspominałam, podczas spotkania z resztą uczniów, trener przed startem zapisał przewidywany wynik na kartce i pomylił się jedynie o trzy setne sekundy. To było wyjątkowe przeżycie.

     

    J.R.: A u mnie było trochę inaczej. Ja w Atenach miałem startować w innej grupie, niższej i można było powiedzieć, że jechałem po pewny złoty medal. Na miejscu okazało się, że klasyfikatorzy mnie po prostu źle ocenili. Przydzielono mnie do grupy wyższej, gdzie kula była o kilogram cięższa. To, że zdobyłem medal, to był jakiś cud, bo nie byłem przygotowany na taki obrót spraw, ale jednak w tym całym stresie wszystko jest możliwe. Adrenalina była taka, że człowiek mógł dać z siebie dużo więcej niż przewidywał.

     

    Został Pan odznaczony Złotym Krzyżem za zasługi i upowszechnianie sportu. Czy jest to dla Pana tak samo ważne wyróżnienie, jak medale mistrzostw świata, czy medale paraolimpijskie?

     

    J.R.: Nie wiem, czy można to porównać. Medale igrzysk olimpijskich, czy mistrzostw świata, są najważniejsze. To jest nagroda za nasz trud. Oczywiście jesteśmy bardzo dumni z uhonorowania nas Krzyżem Zasługi przez władze w naszym kraju, ale to nie jest cel główny codziennych, ciężkich treningów.

     

    W pewnym momencie swojego życia musiała Pani dokonać wyboru pomiędzy tenisem stołowym, a biegami krótkodystansowymi. Biorąc pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia, była to bardzo dobra decyzja. Czym kierowała się Pani przy jej dokonywaniu?

     

    A.F.: No tak, patrząc z perspektywy czasu, była to bardzo dobra decyzja. Podejrzewam, że w tenisie stołowym nie osiągnęłabym takich sukcesów… Może ten mój trening, nie był na tyle wymagający i tak dobry, żebym mogła grać na wysokim poziomie? A poza tym, lekkoatletyka, to rodzinna tradycja. Moja mama trenowała, moja siostra również. Jak widać, tradycyjnie wyszło.

     

    Dzięki swojej wytrwałej pracy i ogromnej ambicji stał się Pan wzorem dla wielu osób. Co daje Panu motywację do działania?

     

    J.R.: Mam pewne cele, marzenia, do których dążę. Mam też bardzo fajnych synów, którzy mnie naprawdę motywują, którzy się cieszą z tego, co robię. Motywuje mnie to, że wierzy we mnie rodzina, znajomi, przyjaciele. Miło jest, jak tuż przed igrzyskami pojawia się dużo pozytywnych, wzruszających wpisów. To bardzo ważne dla zawodnika.

     

    Kontuzje to jedne z największych porażek dla sportowców. Podczas Pani biegu na sto metrów w Rio, urazu nabawiła się reprezentantka Kuby, Yunidis Castillo, jedna z faworytek do medalu. Jak należy radzić sobie w takich sytuacjach?

     

    A.F.: No tak. Kontuzje to bardzo powszechny temat w naszej dyscyplinie. Tym bardziej, że my jako sportowcy niepełnosprawni, nie mamy takiej „otoczki”, jak sportowcy pełnosprawni.  Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mieli taką samą opiekę medyczną. Mimo wszystko, zmierza to już w dobrym kierunku. Kontuzja, to jest najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się zawodnikowi w sezonie olimpijskim. Kubanka może trochę zbyt „pazernie” chciała zdobyć wszystkie medale, na każdym możliwym dystansie, we wszystkich konkurencjach. Wystartowała w skoku w dal, chciała wystartować na sto, dwieście i czterysta metrów, i tam pozdobywać złote medale. Przeliczyła się. Przegrała z kontuzją. Tym bardziej, że rok wcześniej, na mistrzostwach świata borykała się z tym samym urazem, który też ją wyeliminował. Powinna wyciągnąć jakieś lekcje z tamtych zawodów, no ale niestety widać, że chciwość czasami wygrywa z rozsądkiem. Mnie do tej pory omijają ciężkie kontuzje. Czasami tylko przychodzi mi walczyć z drobnymi urazami, które nie eliminują mnie z gry o medale.

     

    Czy Pana zdjęcie w tle na Facebooku ma jakieś głębsze przesłanie czy to po prostu Pana ulubiony kadr z filmu „Epoka lodowcowa 4”?

     

    J.R.: Nie, to ma głębszy przekaz (śmiech). Cztery razy startowałem na igrzyskach paraolimpijskich, trzy razy srebrny medal. To złoto było już tak blisko. Jak ta wiewiórka, co chce złapać żołędzia, ale ciągle jej ucieka. Podobnie do mojego złota, które miałem „w ręce”, ale jednak uciekło… Jak widać, zdjęcie stało się grą skojarzeń.

     

    Czy zauważają Państwo na przestrzeni ostatnich lat, wzrost liczby osób niepełnosprawnych uprawiających sport? Jeżeli tak, to co Państwa zdaniem ma na to wpływ?

     

    A.F.: W moim przekonaniu, brakuje właśnie tej „świeżej krwi” w naszym sporcie. My z Januszem jesteśmy weteranami. Startujemy od wielu, wielu lat. Ja już jestem w sporcie niepełnosprawnych dziewiętnaście wiosen i do tej pory w mojej konkurencji, w mojej dyscyplinie nie pojawił się nikt, kto mógłby mi zagrozić. Mało jest tej „młodej krwi”. Myślę, że to spowodowane jest tym, iż nasz sport nie jest jeszcze tak popularny i rozpowszechniany w Polsce. Ale idzie to w dobrym kierunku, bo na przykład po raz pierwszy pokazywane były igrzyska paraolimpijskie w telewizji. Mam nadzieję, że ta coraz większa obecność sportu niepełnosprawnych w mediach przyczynia się do wzrostu świadomości w społeczeństwie. Chciałabym, aby ci młodzi ludzie zrozumieli, że oni też mogą w życiu coś zrobić dla siebie.

     

    No właśnie. A jak wygląda szkolenie młodzieży niepełnosprawnej w naszym kraju? Czy te nowe osoby, które chciałby spróbować swoich sił w różnych konkurencjach, mają ku temu możliwości?

     

    A.F.: Możliwości są, jak najbardziej, bo w każdym zakątku kraju są kluby, które zrzeszają niepełnosprawnych w różnych dyscyplinach, różnych sportach. Więc tak naprawdę jest gdzie trenować, tylko po prostu dzieciakom brakuje chęci. Trzeba bardzo dużo trenować, aby utrzymywać się ze sportu. Tak jak my to w tej chwili robimy, bo to jest nasza praca, żyjemy tak naprawdę ze sportu. Myślę, że teraz jest trochę inne pokolenie niż w czasach, kiedy ja zaczynałam. Teraz są komputery, telefony, smartfony, tablety i dzieciaków ciężko wyciągnąć na podwórko, żeby pograły w piłkę, czy spotkały się „na żywo”, a nie rozmawiały przez Internet. Ponadto, współczesna młodzież zbyt szybko traci motywację.

     

    J.R.: Młode społeczeństwo jest takie, że wszystko musi mieć na teraz. Wszyscy od razu chcieliby medale. Kiedyś, to się wysłało list i się czekało na odpowiedź, a teraz ma być wszystko „na już”. A jak trzeba dać coś więcej od siebie, to jest problem…

     

    Z czterech igrzysk, w których brała Pani udział, przywiozła Pani trzy brązowe i cztery srebrne krążki. Czy możemy spodziewać się udekorowania tego niesamowitego dorobku złotem w Tokio?

     

    A.F.: Marzę o tym złotym medalu cały czas. Marzyłam już o nim w Rio, ale niestety, kiedy odchodzi jedna dobra zawodniczka, pojawia się nowa. Ja już jestem coraz starsza, lata nie lecą w dół… Ciało się zmienia i jest mi już czasami coraz ciężej wykonać jakąś większą pracę. Ale będę walczyć. Jadę po to, aby przywieźć medal i mam nadzieję, że ten ostatni akcent w Tokio będzie udany. Będą to prawdopodobnie moje ostatnie zawody. Tak sobie zakładam, ale nie wiem, co się jeszcze wydarzy. Już po Londynie i po Pekinie mówiłam, że to będą moje ostatnie igrzyska. Także nic nie jest jeszcze przesądzone, ale bardzo chciałabym zdobyć ten złoty medal i będę o niego walczyć. Jeżeli nie uda mi się zdobyć złota, to i tak pozostanę spełnionym sportowcem.

     

    Jest Pan już bardzo utytułowanym zawodnikiem. Ma Pan na swoim koncie takie osiągnięcia jak Mistrzostwo Europy, czy Mistrzostwo Świata. Z jakim celami pojedzie Pan na paraolimpiadę do Tokio w 2020 roku?

     

    J.R.: Jeśli w ogóle dotrwam do Tokio (śmiech). Bo te wszystkie kontuzje, które miałem, naprawdę były poważne. Jak dotrwam, to powalczę o złoto. Pojadę z dobrym nastawieniem. Barki przestały boleć, więc trenujemy, a co będzie, to się okaże.

     

    A.F.: Tak, jedziemy w końcu wyrwać to złoto, żeby posłuchać Mazurka Dąbrowskiego na podium olimpijskim! Już wysłuchaliśmy naszego hymnu na  mistrzostwach Europy i mistrzostwach Świata, więc jeszcze nam brakuje tego Mazurka na olimpiadzie. Będziemy walczyć!

     

    Co chcieliby Państwo na koniec przekazać uczniom naszej szkoły, a może wszystkim młodym sportowcom, którzy są jeszcze na początku swojej sportowej kariery?

     

    A.F.: Przede wszystkim, aby się nie poddawali. Nie mogą się zniechęcać po kilku porażkach. Ze wszystkich nieudanych prób należy wyciągać wnioski i wykorzystywać je jako motywację do dalszej walki. Muszą wyznaczyć sobie jasny plan i konsekwentnie go realizować.

     

    J.R.: Trzeba mieć upór, wyznaczone cele i samozaparcie. Dużo było takich zawodników, którzy mieli talent, ale jak człowiek nie ma zacięcia, nie traktuje treningu jak rzeczy świętej, tylko raz mu się nie chce, raz pójdzie do kina, to nie osiągnie wyznaczonych celów. Czas ucieka i trzeba wykorzystać go jak najlepiej!

     

    A.F.: Dokładnie. Jak to wszystko będzie ze sobą współgrało, to jest recepta na sukces.