• kikol2

    Wojciech Kikowski, sukcesy sportowe planuje po 70 urodzinach

    Wojciech Kikowski zmienił życie kilku lekkoatletów, ale zawodnicy niepełnosprawni zmienili także jego. Dzięki swoim podopiecznym nie przejmuje się drobnostkami i jest spełnionym człowiekiem. W październiku minie 50lat jego pracy w roli trenera, a nam opowiedział  o swoich startowych planach i wyjaśnił, co robił do południa przez 30 lat.

    Panie trenerze, jak to się stało, że nie studiował pan na AWF i wybrał  fizykę?

    Myślałem o studiowaniu na AWF, ale zdaje się, że byłem niezłym uczniem. Gdy moja mama pojawiła się w szkole i zapytała nauczycieli, czy to rozsądne żebym szedł a AWF, odradzili takie rozwiązanie. Mama mnie więc od tego pomysłu odwiodła. Fizyka jednak też mi się zawsze podobała. Chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o otaczającym mnie świecie. Jednocześnie ze zgłębianiem fizyki, ukończyłem kurs instruktora lekkiej atletyki. Godziłem swoje dwie pasje i przez to nigdy mi się nie znudziły. Do południa byłem nauczycielem fizyki w liceum w Skierniewicach, a po południu byłem trenerem w klubie sportowym. I to tak trwało  od 1969 aż do 2000r. chociaż zmieniały się szkoły i  kluby.

    Potem była emerytura nauczycielska i sport paraolimpijski?

    Dokładnie. Jako emerytowany nauczyciel miałem już wolne przedpołudnia. Ta dyspozycyjność pozwoliła mi wejść w sport osób niepełnosprawnych. I właśnie tak spędziłem ostatnie 20 lat mojej pracy. Uważam ten okres na niezwykle radosny i pozytywny.

    A do tego jest pan jeszcze zawodnikiem?

    Jako młody człowiek byłem pasjonatem lekkoatletyki, ale nie miałem warunków fizycznych, by w dziesięcioboju, który mi się wtedy podobał, uzyskiwać jakieś przyzwoite wyniki. Predyspozycje miałem do biegów średnich, ale to mnie akurat nudziło. Praca zawodowa też mi nie ułatwiała uprawiania sportu. Gdy miałem trochę ponad 30 lat dowiedziałem się, że mój kolega startował w mistrzostwach weteranów i nabrałem chęci, żeby spróbować. Nawet organizowałem takie zawody w Polsce i angażowałem się w pracę związku sportowego. Staram się także regularnie startować w takich zawodach.

    No i zrobił to pan z niezłymi wynikami, ustanawiając rekord Polski w swojej kategorii w skoku wzwyż i zdobywając medale na mistrzostwach Europy.

    Mogę sobie nudzić, że „wesołe jest życie staruszka”, bo im jestem starszy, tym wyżej jestem notowany. Mam trochę medali mistrzostw Polski i innych, ale nie mogłem pogodzić startów z pracą. Zawsze zawody przegrywały.

    Zdradzę panu, że ja planuję zaczekać do setki i wtedy wystartować w zawodach weteranów. Jeśli nie będę najszybsza, to może chociaż będę jedyna w swojej kategorii.

    Dobry plan. Mój jest trochę inny. Gdy będę 70-latkiem i będę najmłodszym w kategorii M70, gdzie startują zawodnicy od 70 do 75 r.ż. dopiero zaszaleję i jakieś tam wysoko notowane wyniki w rzucie oszczepem porobię.

    Jako trener  początkowo pracował pan z zawodnikami pełnosprawnymi. Kogo pan trenował?

    Przede wszystkim uczniów szkół średnich, ale ci zawodnicy, gdy kończyli 18 lat, wyjeżdżali na studia, do wojska i nie wracali do małej miejscowości. Niektórzy kontynuowali karierę sportową. Moja wychowanka Marzena Zbrojewska, została później, już jako zawodniczka AZS-AWF Wrocław, mistrzynią Polski w rzucie dyskiem. Kilka lat po tym, jak wyjechała ze Zduńskiej Woli.

    Jako trener zawodników niepełnosprawnych prowadził pan złotego medalistę paraolimpijskiego, jak to się zaczęło?

    Jak to zwykle bywa, zaczęło się przez przypadek. W moim mieście funkcjonowały spółdzielnie inwalidzkie, które realizowały m.in. zadanie dbania o kondycję fizyczną osób niepełnosprawnych, na poziomie rekreacyjnym. Przyglądałem się temu, ale nic ponadto, aż w końcu dałem się namówić, żeby spróbować z zawodnikiem, który grał w piłkę nożną mimo skróconej o jakieś 15cm nogi. Przyznaję, że wahałem się zbyt długo. Gdybym od razu się zdecydował, to może  w Seulu Zbyszek Sobczak  byłby medalistą.  Reprezentantem Polski został 12lat później w Sydney, o tyle był już starszy. Zdobył piąte miejsce.

    Co pana przekonało do podjęcia tej współpracy?

    W klubie, w którym wtedy pracowałem trenowała też sekcja piłki nożnej. Relacje między lekkoatletyką a piłką nie bardzo się układały. Przenieśliśmy się do innego klubu, a tam właśnie rekreacyjnie trenowali lekkoatleci niepełnosprawni. Namówiłem ich, żeby spróbowali potrenować tak na poważnie. Tak zacząłem współpracę z trzema osobami. Cała trójka startowała później na paraolimpiadzie. Jeden z nich, Robert Chyra zmusił rodzinę, by w stodole wybudowali mu siłownię, a nią koło do rzutu dyskiem. Jego determinacja i pracowitość przyniosły mu złoty medal w Sydney. W tej grupie był także Jacek Przebierała, który  został brązowym medalistą paraolimpijskim.

    Czy napotkał pan w czasie kariery trenera zawodników niepełnosprawnych, jakieś niedające się rozwiązać problemy?

    I tak i nie. Zawodnicy niepełnosprawni mogą trenować tak samo intensywnie jak pełnosprawni, oczywiście z wyjątkiem tych ćwiczeń, których fizycznie nie mogą wykonać. Pod tym względem nie ma przeszkód. Jednak problem pojawiał się wtedy, gdy spotykałem zawodnika o dużym stopniu niepełnosprawności. Trenowanie takiego człowieka, wymaga całkowitego poświęcenia się wyszkoleniu tylko jednej osoby. Decyzja, czy trenować grupę kilku zawodników, czy poświęcić się jednemu nigdy nie była prosta, jednak niestety zapadała na korzyść tej grupy, która  wkrótce się powiększyła.

    I doszła panu nowa funkcja. Po 4  kolejnych latach był pan już trenerem koordynatorem

    Zachęcałem i zawodników i trenerów do gonienia świata, który przecież cały czas się rozwija. Sport jest mierzalny. Łatwo sprawdzić wyniki. Przecież jeśli nie pójdziemy ścieżką, którą wydeptali już zawodnicy pełnosprawni, nie zwiększymy intensywności treningów, to nie będziemy  mieli tych wyników. Jako koordynator miałem szczęście trafić na trenerów, którzy się na taki pogląd się zgodzili. Funkcja koordynatora polega po prostu na tym, że oprócz trenowania swoich zawodników, trzeba jeszcze logistycznie ogarnąć kalendarz startów, zgrupowań, klasyfikacji międzynarodowych. Przy czym jest to zespołowy wysiłek wielu trenerów. Każdy trener wnosi przecież coś od siebie.

    Którego z zawodników uważa pan za swój największy sukces?

    Kiedyś sam się nad tym zastanawiałem i nie wiem. Każdy z nich to osobna historia, wiele przeszli, wiele pokonali, nie potrafiłbym ich kategoryzować. Miałem jednego złotego medalistę i to była ogromna radość, ale był też zawodnik, który powiedział, że po wypadku dałem mu nowe życie. Te słowa były dla mnie niezwykle ważne. Nie umiem odpowiedzieć. Trenowałem zawsze fantastycznych ludzi, niezwykłych. Niektórzy trafili do mnie przez przypadek, a zdobywali medale.

    Przez te 20 lat dawał tam zawodnikom nowe życie, a czy oni zmienili pana życie?

    Oczywiście. Bardzo. Dali mi lekcję pokory i dystansu do problemów życiowych. Nie mają ręki, czy nogi, czy cierpią na inne schorzenie i zawsze są radośni, a my, ci niby zdrowi, ciągle narzekamy. A to że się łysieje, a to siwieje, a to pryszcz na nosie wyskoczył. Takie zjawisko, dzięki moim zawodnikom zupełnie zniknęło z mojego życia. Ten optymizm przekazuję dalej. Swojej rodzinie, bliskim.

    Osobnym rozdziałem pana pracy trenerskiej był najmłodszy i jednocześnie pierwszy niepełnosprawny zdobywca biegunów Jan Mela. Jak doszło do tej współpracy?

    Jak zwykle, przez przypadek. O Marku Kamińskim [polarnik, podróżnik] oczywiście słyszałem, jak każdy. Przypadek jednak polega na tym, że jedna z moim uczennic, wyszła za niego za mąż. Więc gdy pan Kamiński szukał trenera dla Jasia Meli, to ona sobie przypomniała, że fizyki uczył ją trener zawodników niepełnosprawnych. I tak się zaczęło. Mieliśmy mało czasu, więc Jaś przyjeżdżał na nasze zgrupowania i intensywnie pracowaliśmy. Nauczył się jeździć na nartach biegowych, które mam zresztą do dzisiaj. Podobała mi się jego gotowość do ciężkiej pracy i pasja z jaką podchodził do realizacji zaplanowanych zadań.

    A jakie zadania jeszcze przed panem?

    Ja to bym sobie życzył, żeby zawodnicy powychodzili z kontuzji i żeby nie zabrakło środków finansowych na zaplanowane działania. Sobie na razie nie stawiam sobie celów sportowych, przynajmniej nie przed ukończeniem siedemdziesiątki