• 7

    Andrzej Szczęsny: ”Szybciej nauczyłem się jeździć na nartach niż korzystać z wyciągów”

    Andrzej Szczęsny, paraolimpijczyk, narciarz jeżdżący na stojąco, opowiedział nam o swoich dalszych planach, a rozmawialiśmy z nim w przełomowym momencie. Po raz trzeci w karierze złamał nogę i myśli właśnie o wycofaniu się z rywalizacji sportowej.

    6

    Miałam zapytać o plany startowe, ale rozmawiamy w momencie, gdy ma pan złamaną nogę. Jak ten uraz wpłynie na najbliższy sezon?

    No niestety. Przygotowywałem się do mistrzostw świata i w listopadzie podczas treningu złamałem nogę. To zupełnie wyklucza mnie z trwającego sezonu i chyba nie tylko z niego. Muszę się głęboko zastanowić, czy jeszcze będę kontynuował karierę zawodniczą.

    Zabrzmiało to bardzo poważnie, a przecież to nie jest pana pierwsze złamanie. Poprzednie przytrafiło się panu przed startem olimpijskim, a jednak po nim przyszły sportowe osiągnięcia.

    Zgadza się. W 2006 r., na mojej pierwszej paraolimpiadzie, dwa dni przed  startem złamałem nogę na treningu. Wtedy byłem jednak 10 lat młodszy. Szybciej się regenerowałem. Obecna kontuzja jest znacznie poważniejsza. To złamanie wieloodłamowe. Jestem poskręcany śrubami. Teraz jestem w innej sytuacji. Po pierwsze jestem starszy, widzę jak szybko zanikają ciężko wypracowane mięśnie. Trzeba będzie zaczynać od nowa i przede mną długa praca, by wrócić do formy. Po drugie niedawno się ożeniłem i muszę myśleć już nie tylko o sobie. Treningi i starty powodują, że przez pół roku jesteśmy poza domem.

    Kim pan będzie, jeśli nie zawodnikiem?

    Na pewno nie chcę tracić kontaktu z narciarstwem. Może zajmę się serwisem. Potrafię przygotować sprzęt do zawodów. A w dalszej przyszłości mógłbym się zająć szkoleniem młodzieży niepełnosprawnej. Przez 16 lat ścigałem się na zawodach i myślę, że mam wiedzę, która dla innych może okazać się przydatna.

    Czy łatwo zachęcić młodych ludzi do treningu?

    Przyznaję, że sytuacja nie wygląda na lepiej. Narciarstwo uprawiane na jednej nodze nie jest popularne. Większym zainteresowaniem cieszy się narciarstwo na siedząco, czyli monoski. Nie do końca wiem, z czego to wynika, ale wierzę, że można to zmienić. Wiele zależy od wsparcia finansowego. Jeśli będą na to środki, to i znajdą się osoby chętne do spróbowania tej dyscypliny.

    Młode osoby z niepełnosprawnością raczej nie trafiają samodzielnie do klubów sportowych. Jak znajdzie pan chętnych?

    To wymaga zaangażowania i pracy. Trzeba być aktywnym i pojeździć po szkołach, gdzie uczą się osoby niepełnosprawne i opowiedzieć im  o możliwościach uprawiania narciarstwa. Jestem pewien, że znajdę chętnych przynajmniej do spróbowania.

    A jak to było z panem? Stracił pan nogę w wyniku choroby w wieku 10 lat. Szybko się pan pogodził z nową sytuacją?

    Nogę straciłem po długiej chorobie nowotworowej i rzeczywiście bardzo szybko pogodziłem się z jej brakiem. Myślę, że to ze względu na wiek. Stałem się osobą niepełnosprawną, chociaż właściwie nigdy tak o sobie nie myślałem. Nauczyłem się chodzić o kulach i jak to dziecko, zacząłem wychodzić z chłopakami grać w piłkę, jeździłem na rowerze. Na pewno pomógł mi fakt, że jestem z rodziny wielodzietnej. Miałem 6 braci i 4 siostry. Nie było więc czasu na trzymanie mnie pod kloszem. Miałem wolną rękę.

    I wykorzystał ją pan, by uprawiać siatkówkę na siedząco…

    Pochodzę z małej miejscowości na Podkarpaciu. Do szkoły średniej zacząłem chodzić w Busku Zdroju i to właśnie tam zaczęła się moja kariera sportowa. Początkowo faktycznie założyliśmy tam drużynę siatkówki na siedząco. Jeździliśmy na turnieje, aż któregoś razu dostałem propozycję z klubu Start Kielce, żeby pojechać na obóz zimowy i spróbować narciarstwa. Byłem otwarty na wszelkie wyzwania, więc natychmiast się na to zgodziłem.

    Narciarstwo od razu się panu spodobało?

    Ależ skąd (śmiech). Ten obóz był moim pierwszym kontaktem z nartami, czy raczej jedną nartą. Było ciężko. Co stanąłem na tej narcie, to się wywracałem. Po kilkunastu takich upadkach, doszedłem do wniosku, że tego się po prostu nie da zrobić. Do końca obozu nie dałem się już się namówić do powrotu na stok. Straciłem zainteresowanie nartami.  Na szczęście trafiłem na upartego prezesa klubu, który zabrał mnie na kolejny obóz. I w końcu zaczęło wychodzić. Nauczyłem się jazdy na narcie przez jeden sezon. Problemem pozostawały wyciągi. Wtedy były to wyciągi talerzykowe, a ja mam tak wysoko amputowaną nogę, że tego talerzyka nie było gdzie umieścić. Różne akrobacje robiłem. Umieszczałem go np. pod pachą. Było to naprawdę męczące i kosztowało mnie mnóstwo energii, o upadkach nie wspominając. Dłużej uczułem się korzystać z wyciągu niż jeździć na nartach.

    Ale już w drugim sezonie wyjechał pan na obóz z kadrą olimpijską…

    Miałem zobaczyć jak oni trenują i trochę z nimi pojeździć. Byłem oczarowany, zwłaszcza Alpami, w których byłem wtedy pierwszy raz. Tam też odkryłem, że wcale nie potrafię jeździć na nartach. Przekonałem się o tym, patrząc na będącego wtedy w życiowej formie Łukasza Szeligę [obecnie prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego- przyp. red.]. Jak zobaczyłem, jak on jeździ, wiedziałem że przede mną długa droga.

    Kiedy pokonał pan swojego mistrza?

    Zostałem powołany do reprezentacji paraolimpijskiej. Zacząłem z nimi wyjeżdżać i chyba gdzieś po trzech sezonach korzystania z wiedzy Łukasza i jego trenera doścignąłem mistrza. Pokonałem go i innych zawodników na mistrzostwach Polski. To były moje pierwsze wygrane zawody. To było wielkie przeżycie i sukces. Smakowało tak, jak później 5 miejsce na mistrzostwach świata.

    Na drodze dalszym sukcesom na podium stanęła zmiana w przepisach. Jak pan to ocenia?

    Klasyfikacja zmieniła się z jednej skrajności w drugą. Początkowo było bardzo dużo grup. Praktycznie każdy rodzaj niepełnosprawności miał osobną grupę startową. Później wszystkie grupy zostały połączone. Nie ścigałem się już tylko z osobami po amputacji jednej nogi, ale również takimi, którym amputowano palce dłoni. Nie mam szans z osobami, które mogą się ścigać na dwóch nogach.

    To może właśnie wymienił pan przyczynę spadku popularności narciarstwa na jednej narcie?

    Na pewno  w jakimś stopniu ta zmiana się do tego przyczyniła. Bardzo trudno w takim układzie dostać się do czołówki światowej, ale nie jest to niemożliwe. Zdarza się, że wygrywa zawodnik ścigający się na jednej nodze, ale to nie tylko zależy od treningów. Lód na trasie wystarcza, by narciarzowi z jedną nogą utrudnić start. Narciarstwo to sport kontuzjogenny. To także przyczynia się do mniejszej liczby startujących na jednej narcie. Ja jednak staram się popularyzować tę dyscyplinę.

    5

    Czy właśnie dlatego trafił pan do programu Celebrity Splash?

    (Śmiech). Po części na pewno właśnie po to, żeby popularyzować sport paraolimpijski. Dostałem propozycję wzięcia udziału w tym programie dzięki Łukaszowi Szelidze i szczerze mówiąc, na początku wiedziałem tylko, że to program rozrywkowy, ale ponieważ lubię wyzwania, to się zgodziłem. To było coś zupełnie nowego. Pływać to owszem, pływałem, ale skoki do wody, to był dla mnie całkiem nowy obszar. Nie spodziewałem się, że to przyjmie taki obrót i będę wzbudzał tak duże zainteresowanie. Mam wrażenie, że to było niespodziewane także dla realizatorów programu. Nasza trenerka była na początku przerażona moją niepełnosprawnością. Po pierwszym treningu przekonała się, że nie mam barier fizycznych.

    Spodziewał się pan wygranej?

    Zupełnie nie. Nie dawałem sobie dużych szans. Rywalizowałem z bardzo znanymi osobami. Byłem po prostu sobą i robiłem to, co do mnie należało. Z zaangażowaniem szykowałem nowe skoki, a widzowie to docenili.

    Docenili też sport paraolimpijski?

    Taką mam nadzieję. Wykorzystałem swoją ówczesną popularność, by o nim mówić. Starałem się działać na rzecz transmisji z Rio. Jakąś cegiełkę do działań popularyzujących sport paraolimpijski od siebie dołożyłem. Natomiast narciarstwo na pewno nie jest popularne wśród kibiców sportowych. Jest nas naprawdę niewielu. Nie ma porównania z dyscyplinami letnimi.

    Dziękujemy za rozmowę